Pracownicy przymusowi w zamku Kapitanowo podczas II wojny światowej
Kiedy byłem małym chłopcem, uwielbiałem budować zamki z piasku – szczególnie w piaskownicy, którą tata wzniósł dla mnie w ogrodzie. Mogłem spędzać tam całe popołudnia, ukształtowując góry, doliny, kręte ścieżki i mosty prowadzące do potężnej warowni. Jej lochy sięgały tak głęboko, jak tylko pozwalały na to moje dziecięce dłonie, a wokół murów biegła fosa z jednym, wąskim mostem zwodzonym. Gdy rodzice wychodzili do pracy, pod czujnym, lecz wyrozumiałym okiem babci, natychmiast uciekałem w mój wymarzony świat: rycerze galopowali po ścieżkach, a z okna wieży spoglądała wybranka ich serc.
Niczego dziwnego nie było więc w tym, że gdy po latach wybrałem się z synem na przejażdżkę rowerową po Ścinawce Średniej, musieliśmy zobaczyć tutejszą historyczną rezydencję. Mijając po drodze kościół św. Marii Magdaleny, nagle ujrzeliśmy majestatyczną budowlę, która od razu przywołała w mojej pamięci tamten zamek z dziecięcej piaskownicy.
Zamek „Kapitanowo” – gdyż to o nim mowa – stanowi jedną z najciekawszych i najbardziej intrygujących atrakcji turystycznych Ziemi Kłodzkiej. Pierwotnie był to obiekt typu donżonowego, czyli taki, którego serce stanowiła potężna wieża o funkcjach mieszkalno-obronnych (donżon). Tutejszy, dwupiętrowy obiekt o wymiarach zewnętrznych $12,5 \times 16\text{ m}$, wzniesiony przez rycerski ród von Pannwitz (często wiązany z historyczną nazwą z czasów von Czettritz / Czechau), został wykończony około połowy XIV wieku. Do dziś pozostaje największą wieżą mieszkalno-obronną na Ziemi Kłodzkiej oraz jedną z największych tego typu konstrukcji w Polsce.
W kolejnych stuleciach warownia podlegała stopniowym przebudowom – dobudowano drugą wieżę mieszkalną, reprezentacyjny skrzydłowy dwór oraz wewnętrzny dziedziniec. W XVI i XVII wieku obiekt przekształcono w stylu renesansowym i barokowym, wzbogacając go o bogate dekoracje malarskie i sztukaterie.
Pocztówka ukazująca Ścinawkę Średnią. Po prawej jej stronie możemy dostrzec zamek Kapitanowo.
W trakcie swojego ponad 700-letniego istnienia zamek wielokrotnie zmieniał właścicieli. Wśród rodów władających majątkiem znajdowały się m.in. rodziny: von Czettritz (Czechau), von Dohna, von Stillfried und Rattonitz, von Schindel, von Ratschin, von Falkenstein, von Zierotin oraz von Götzen. W wyniku kolejnych przebudów obiekt sukcesywnie tracił swój pierwotny, obronny charakter, przekształcając się w reprezentacyjny dwór ziemiański.
Hrabia von Magnis zamyka listę wielkich śląskich rodów posiadających w swoich rękach dawne Kapitanowo. Główną siedzibą tej rodziny aż do 1945 roku pozostawał pobliski pałac w Bożkowie, stąd dwór w Ścinawce Średniej powoli tracił funkcje reprezentacyjne. W rzeczywistości już za czasów Götzenów w obiekt nie inwestowano znaczących środków – ograniczano się jedynie do prac konserwacyjnych i utrzymania bieżącego stanu technicznego. W latach 1876–1921, za panowania Magnisów, majątek dzierżawiony był przez osoby prywatne i zarządców. Wśród nich kroniki wymieniają: wdowę Trautvetter (ok. 1876 r.), Lichtenstada (w latach 1891–1894), Carla Franka (ok. 1894–1909), wdowę Augustę Frank (ok. 1912 r.) oraz spadkobierców Edmunda Baucha. W latach 1921–1937 dwór przeszedł pod bezpośredni zarząd dóbr hrabiów von Magnis.
Zdjęciu ukazujące zamek Kapitanowo. Zostało zrobione w 1935 zaraz po generalnym remoncie.
Mijając zamkowy dziedziniec, dostrzegłem grupkę dzieci beztrosko bawiących się w piasku na jednym z pobliskich podwórek. Ich śmiech niesiony wiatrem przypomniał mi o wolności od trosk, jaką niesie dzieciństwo. Zupełnie inaczej wyglądała rzeczywistość najmłodszych, którzy trafili w te strony w latach II wojny światowej.
Bolesnym tego przykładem są losy Karoliny Brzuskiej i jej siostry Danusi, które znalazły się tu wraz z rodzicami jako robotnice przymusowe. Matka dziewczynek, Karolina, oraz ojciec, Józef Brzuska, stanowczo odmówili podpisania niemieckiej listy narodowościowej (Volksliste). Odwet ze strony okupanta był natychmiastowy – 20 lipca 1942 roku całą rodzinę wysiedlono z ich domu w Pogwizdowie i przetransportowano do obozu pracy w Mieroszowie (Arbeitslager Friedland). Stamtąd trafili do Raciborza (Ratibor), a 5 marca 1943 roku przesłano ich do obozu przejściowego Breslau-Burgweide (mieszczącego się na wrocławskich Sołtysowicach). Po przejściu brutalnej procedury odwszawiania, dezynfekcji i selekcji rodzina Brzusków została skierowana do pracy przymusowej na terenie Kotliny Kłodzkiej.
Pociągiem wysłano ich do Kłodzka. Tam na dworcu, niczym na targu, dostrzegła ich starsza kobieta. W swoich wspomnieniach pani Karolina pisała: „Podeszła do nas starsza kobieta i po polsku zapytała, czy chcielibyśmy pracować w dworze i czy znamy robotę w gospodarstwie”. Po rozmowie kobieta kupiła wszystkim zupę w dworcowym bufecie, a po posiłku cała grupa udała się pociągiem w dalszą drogę – do Ścinawki Średniej.
Po przybyciu do majątku przy zamku rodzinę Brzusków zaprowadzono do „szefa” – czerstwego staruszka. To właśnie podczas tej rozmowy pani Karolina podziękowała Bogu za łaskawy los, dostrzegając wiszący na ścianie obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Zaraz po powitaniu wysłano furmankę po ich skromne bagaże. Polskie kobiety, które pracowały tu już wcześniej, zaprowadziły nowo przybyłych do małego mieszkania na piętrze jednopiętrowego budynku (obecnie budynek mieszkalny przy ulicy Gen. Władysława Sikorskiego 25a). Mieszkanie było średniej wielkości – znajdował się w nim piec kuchenny, a na środku stał stary stół; obok przylegała mała klitka na poddaszu. Gdy Brzuskowie się rozpakowali, przyniesiono im garnek zupy ziemniaczanej, bochenek chleba oraz odwirowane mleko. Pierwsza noc w Ścinawce była dla nich pierwszą od wybuchu wojny, podczas której spali spokojnie – rano z ulgą powitali brak lagrowego zgiełku i wrzasków strażników (wachmanów).
Majątek ziemski obejmował około 500 hektarów ziemi ornej, łąk i pastwisk. Hodowano w nim 60 krów dojnych (dających średnio po 10 litrów mleka dziennie), 30 jałówek oraz cielęta. Stado tuczników i macior liczyło około 100 sztuk, a do tego dochodziło trudne do zliczenia opierzone ptactwo: kury, indyki, perliczki i gęsi. Świń doglądała Polka – Anna Wetzko z okolic Trembowli, która pracowała w majątku jeszcze od czasów po I wojnie światowej. Krowami opiekował się Szwajcar imieniem Knypel, któremu pomagali dwaj młodzi robotnicy: Antoni Szarawarski z Będzina oraz Władysław pochodzący z Wadowic. W tym samym budynku, w którym zamieszkali Brzuskowie, mieszkał również starszy parobek z żoną – małżeństwo Elsnerów.
Drugiego dnia pobytu dostarczono im przydział ziemniaków, węgla i drewna opałowego, a trzeciego dnia ruszyli do codziennych obowiązków. Tego samego dnia pani Karolina napisała list do rodzinnego domu, powiadamiając bliskich o nowym miejscu pobytu. Po raz pierwszy od opuszczenia rodzinnych stron mogła napisać, że mają się dobrze i nie trzeba się o nich martwić.
Jednak radość nie trwała długo. Wkrótce jedna z córek – Danusia – ciężko zachorowała na zapalenie płuc. Było to pokłosie nieludzkich warunków w poprzednim obozie, gdzie kobiety często przetrzymywano nago w nieogrzewanych pomieszczeniach. Dziewczynkę męczyła wysoka gorączka trwająca aż osiem dni. Zrozpaczonej matce z pomocą przyszła jedna z miejscowych Niemek, która przyniosła ratunkową maść. Gdy pani Karolina musiała iść do pracy, chorą Danusią opiekowała się druga córka – Krysia.
Praca w gospodarstwie okazała się niezwykle wycieńczająca. Zimą młócono zboże, bób, wykę i rzepak. Po całym dniu udręki robotnicy nie czuli rąk ani nóg. Przy młóceniu unosiły się kłęby pyłu i kurzu – po skończonej szychcie wszyscy byli umorusani jak kominiarze, a brud niezwykle trudno było zmyć. Wiosną rozrzucano nawóz na polach, a ciężkie drewniane buty (tzw. drewniaki) tonęły w rozmokłej ziemi. Sadzono ziemniaki, pielono len, pszenicę i rzepak oraz stawiano koźlęta zbożowe. Później przychodziła pora na rwanie lnu – ostry len haratał dłonie do krwi. Łany żyta, pszenicy, jęczmienia i owsa cięto kosiarką mechaniczną i wiązano w ciężkie, grube snopy. Przez całe tygodnie trzeba było ładować je na wozy, a potem w stodole układać na sąsiek. Normą była wyczerpująca praca: na rozładowanie 12 wielkich wozów drabiniastych przeznaczano zaledwie 5 godzin.
Pocztówka ukazująca, niektóre zabytki w Ścinawce Średniej.
Po żniwach rozpoczynało się maszynowe wyopywanie ziemniaków. Borykano się z ogromnymi zbiorami – ziemniaki zbierano do drucianych koszy, a następnie przesypywano na wysokie wozy, podczas gdy nogi zbieraczy tonęły w grząskiej, wilgotnej ziemi. Zebrane bulwy układano w kopcach. Robotnicy musieli pracować w pośpiechu, gdyż nadzorca nieustannie ich popędzał, warkotliwie powtarzając: „Los! Los!…”.
Po ziemniakach przychodziła pora na zbiór buraków cukrowych. W tym okresie stale brakowało rąk do pracy, przez co wykopywanie buraków przeciągało się często aż do pierwszych przymrozków i opadów śniegu. Jedyną zaletą tej pracy była możliwość pozyskiwania melasy, którą urozmaicano skromne posiłki – jedzono ją z kluskami, grysikiem, plackami ziemniaczanymi czy chlebem. Czas pracy był rygorystycznie wyznaczony: latem pracowano od 7:00 do 12:00 oraz od 14:00 do 19:00, natomiast zimą – od 8:00 do 16:00.
Pewnego dnia pan Józef otrzymał telegram z wiadomością o ciężkim stanie zdrowia swojego ojca. Pani Karolina, która znała podstawy języka niemieckiego, udała się do zarządcy z prośbą o udzielenie urlopu. Początkowo wyrażono zgodę na wyjazd wyłącznie pana Józefa – obawiano się, że pani Karolina wraz z dziećmi mogłaby już z rodzinnych stron nie wrócić. „Szef” majątku długo pozostawał niewzruszony, jednak gdy zobaczył płaczącą i błagającą matkę, w końcu uległ. Cała rodzina otrzymała tygodniową przepustkę.
Po powrocie do Ścinawki powrócono do prac w polu. Wtedy ciężko zachorowała Krysia – jej ciało trawiła bardzo wysoka gorączka. Dzięki interwencji jednego z miejscowych Niemców do majątku sprowadzono lekarza, który nakazał natychmiastowe przewiezienie dziecka do szpitala w Nowej Rudzie. Tam wstępnie zdiagnozowano tyfus. Wkrótce potem zachorowała również pani Karolina – gorączka sięgała blisko 40°C, a osłabiony mąż ratował ją, robiąc okłady z kwaśnego mleka. Po trzech dniach ciężkiego stanu, wycieńczona i zrozpaczona matka ubłagała zgodę na odwiedzenie córki. Dystans do szpitala pokonała pieszo, co zajęło jej aż trzy godziny. Na miejscu refused jej wstępu – dziewczynka leżała na oddziale zakaźnym. Zbieg okoliczności sprawił jednak, że pani Karolina dowiedziała się, z której strony budynku znajduje się okno sali córki. Po głośnym nawoływaniu w oknie pojawiła się Krysia z mocno zaczerwienioną twarzą – okazało się, że dziecko chorowało na szkarlatynę (płonicę), a nie na tyfus. Ośmioletnia Krysia spędziła w szpitalu trzy tygodnie. Gdy wróciła do domu, ta sama choroba dotknęła drugą z córek, Danusię, jednak w jej przypadku przebieg był łagodniejszy i dziewczynka mogła leczyć się w dworku.
Podczas zimowego młócenia bobu w 1944 roku pan Józef uległ poważnemu wypadkowi. Gdy maszyna młócąca uległa awarii, a w majątku brakowało wykwalifikowanych niemieckich mechaników (którzy zostali powołani na front), włożył rękę do mechanizmu, by dokonać regulacji. Złapany przez elementy maszyny omal nie stracił dłoni – ostry mechanizm zdarł skórę z wnętrza prawej ręki. Rannego natychmiast przewieziono do szpitala w Nowej Rudzie, gdzie w znieczuleniu ogólnym zoperowano dłoń. Proces gojenia trwał ponad trzy miesiące – rana mocno ropiała, a szwy ulegały martwicy, przysparzając panu Józefowi ogromnego cierpienia. Nie mogąc wykonywać ciężkich prac fizycznych, przejął opiekę nad dziećmi, gotował posiłki i wykonywał drobne prace w gospodarstwie.
Niezależnie od udręki dnia codziennego, pani Karolina dbała o edukację dzieci. Zimą zaczęła uczyć Krysię czytania, pisania, tabliczki mnożenia oraz wierszy. Dziewczynka okazała się bardzo pojętna – jeszcze przed zakończeniem wojny samodzielnie pisała listy do rodziny. Poza nauką Krysia pomagała w domu: opiekowała się siostrą, paliła w piecu i wykonywała lekkie obowiązki domowe.
Wiosną 1945 roku przez okolicę przechodziła tradycyjna procesja do Sanktuarium w Wambierzycach (Albendorf). Kobiety pracujące w majątku wyprosiły u nadzorcy pozwolenie na dołączenie do wiernych. Nieświadome rygorystycznych zakazów, weszły wraz z procesją do wnętrza bazyliki – co było robotnikom przymusowym surowo zabronione. Następnego dnia polskie kobiety wezwano do urzędu gminy (Amtsbezirk), gdzie usłyszały zarzut złamania przepisów o zakazie wstępu Polaków do niemieckich świątyń. Za ten „występek” część z nich ukarano chłostą – wymierzono im po pięć batów.
Stawki zarobkowe robotników przymusowych w majątku były głodowe: kobiety otrzymywały tygodniowo 9 marek, a mężczyźni 12 marek. Kwoty te z trudnością wystarczały na wykupienie skromnych racji żywnościowych na kartki (osoby przybyłe na roboty dobrowolnie mogły liczyć na wyższe przydziały).
Rodzina Brzusków żyła w ciągłym strachu, nędzy i udręce ciężkiej pracy, nie tracąc jednak nadziei na przetrwanie. Z biegiem czasu w okolicy coraz wyraźniej odczuwało się zbliżający się front – przez wieś ciągnęły kolumny cywilnych uciekinierów ze Wschodu, a Niemcy wzmagali rygor, coraz bardziej gnębiąc pracowników i drastycznie ścinając przydziały żywności. Na zachód pędzono kolumny wycieńczonych jeńców wojennych – radzieckich, francuskich i brytyjskich – a torami kolejowymi bezustannie kursowały transporty z zakratowanymi wagonami pełnymi więźniów i ewakuowanej ludności Śląska.
Zamek Kapitanowo z 1985 roku.
8 maja 1945 roku rodzina Brzusków – podobnie jak pozostali robotnicy przymusowi – pracowała jak co dzień: sadzili ziemniaki w polu. Dzień był wyjątkowo ciepły i słoneczny. Wieczorem jednak w zamkowym majątku zapanował ogromny chaotyczny ruch i nikt tej nocy nie zmrużył oka. Przez całą noc stacjonujący w okolicy esesmani gorączkowo zrzucali mundury, porzucając broń, koce oraz zapasy kartek żywnościowych.
Nad ranem w całym majątku nastała nagła, głęboka cisza. O świcie do mieszkania, w którym spała rodzina Brzusków, przyszła miejscowa Niemka. Otworzyła drzwi i wypowiedziała słowa, na które wszyscy czekali od lat: „Der Krieg ist schon fertig” (Wojna się już skończyła).
"Bo każdy dzień jest częścią historii."
Krzysztof Kręgielewski
P.S.
Artykuł został przedrukowany z mojej strony
na Facebooku - "Eckersdorf - Ciekawostki historyczne Bożkowa i okolic."
UWAGA
Macie w domu stare zdjęcia, na których w tle widać kawałek Lager 98 lub jego okolic? Może fragment domu, którego już nie ma? Zdjęcie ogródka przydomowego, gdzie rosło drzewo, które zostało wycięte dawno temu? A może dziadka w kapeluszu, babcię na ławce albo dzieci biegające przy pomniku? Dla Was to może zwykła, niepotrzebna już fotografia, a dla mnie to już bezcenny okruch historii.
Jeśli przechowujecie podobne zdjęcia albo inne przedmioty, gdzieś chowane na stryszkach czy szafach dajcie znać. Zbieram okruchy tej naszej przeszłości jak rozsypane puzzle, z których próbuję ułożyć obraz Lager 98 i jego okolic sprzed lat.
Świat bardzo szybko opróżnia się z opowieści jak i ludzi. Odchodzą one po cichu, bez śladu. Razem z nimi znika to, czego nie zdążyliśmy zapytać, zanotować, usłyszeć. Dlatego każde zdjęcie, każdy szczegół i każda rozmowa mają dziś ogromne znaczenie.
Jeśli w Waszych szufladach leżą fragmenty starego Lager 98 lub jego okolic dajcie znać. Przyjadę żeby zachować to co jeszcze nie zniknęło. A przy okazji możecie w ten sposób mnie poznać, pogadać, podzielić się historią, posłuchać i powspominać.