Uran z Sokolca dla bratniego Związku Radzieckiego
Oto zredagowana, profesjonalna i dopracowana stylistycznie kolejna część Twojego artykułu. Skorygowałem błędy językowe, składniowe i interpunkcyjne (np. „District Manhattan” -> Manhattan Project / Projekt Manhattan, „ZSRR (...) aresztowała”, „badania wykonanych”, „pod nazwą Laboratorium 2” -> Laboratorium nr 2, „minirentgenów” -> mikrorentgenów / milirentgenów w poprawnej formie zapisu, „Dziś po tym upadowej został...”), nadając całości dynamiczny, a zarazem rzetelny charakter historyczno-reporterski.
Atomowy wyścig mocarstw a sudecki uran
Jednym z ciekawszych dziedzictw epoki PRL-u są wydarzenia i zjawiska, które do dziś nie zostały w pełni wyjaśnione i wciąż stanowią tzw. „białe plamy” na kartach naszej historii. Zaliczyć do nich trzeba bez wątpienia głębokie zaangażowanie Polski w powojenny wyścig zbrojeniowy, a precyzyjniej – w rozwój radzieckiego programu atomowego poprzez dostawy rud uranu, pozyskiwanych między innymi z obszaru Gór Sowich.
Choć sam uran został odkryty już w 1789 roku przez Martina Heinricha Klaprotha, jego wielka i złowroga kariera rozpoczęła się na dobre dopiero na początku XX wieku. Wybuch II wojny światowej sprawił, że badania nad tym pierwiastkiem zostały całkowicie przejęte przez rządy światowych mocarstw, w tym przez III Rzeszę. To właśnie Niemcy jako pierwsi wprowadzili rygorystyczne embargo na wywóz uranu i wstrzymali wszelkie publikacje naukowe dotyczące jego wykorzystania w atomistyce. W 1941 roku niemiecki koncern Degussa rozpoczął próby zastosowania tego surowca w produkcji rdzeni do pocisków przeciwpancernych, a wybitny fizyk Werner Heisenberg podjął zaawansowane badania nad uruchomieniem reaktora jądrowego. Z czasem jednak niemieckie prace wyraźnie spowolniły – zabrakło na nie wystarczających środków finansowych, brakowało też strategicznych zapasów uranu i ciężkiej wody, a i sami naukowcy, przerażeni wizją praktycznego użycia bomby atomowej, nie wykazywali spodziewanej determinacji.
Gdy niemieckie badania utknęły w martwym punkcie, program amerykański nabierał bezprecedensowego rozmachu. W sierpniu 1942 roku ruszyły prace w ramach tajnego programu o kryptonimie „Projekt Manhattan” (Manhattan Project), a już 2 grudnia tego samego roku w Chicago uruchomiono pierwszy w dziejach ludzkości reaktor atomowy.
W tym samym czasie ZSRR nie dysponował jeszcze rozpoznanymi, własnymi zasobami uranu, a badania nad fizyką jądrową spotykały się z dużą nieufnością kremlowskich władz. Sytuację zmieniły dopiero precyzyjne meldunki wywiadowcze. We wrześniu 1942 roku Państwowy Komitet Obrony ZSRR (GKO) nakazał natychmiastowe wznowienie zawieszonych prac badawczych i rozpoczęcie intensywnych poszukiwań złóż. Pierwsze z nich zlokalizowano w Tadżykistanie, a w 1943 roku powołano do życia główny ośrodek badawczy pod utajnioną nazwą „Laboratorium nr 2”.
Po kapitulacji Niemiec w 1945 roku zwycięskie mocarstwa podzieliły między sobą nie tylko strefy wpływów, ale i dorobek technologiczny upadłej III Rzeszy. Amerykanie powołali specjalną grupę „ALSOS”, złożoną z oficerów wywiadu i uczonych. Podobna komórka powstała w ZSRR. Choć to Amerykanom udało się internować większość kluczowych niemieckich fizyków, Rosjanie przejęli w Berlinie kilkaset ton uranu oraz bezcenną dokumentację z archiwum Instytutu Fizyki. Sowieckie służby aresztowały ponadto i wywiozły w głąb Rosji wielu uznanych niemieckich fizyków i chemików, którzy wnieśli potężny wkład w rozwój radzieckiego potencjału jądrowego. Cały program zyskał absolutny priorytet po amerykańskich atakach atomowych na Hiroszimę i Nagasaki.
Sowieckie oczy na Sudety: Powstanie Zakładów R-1
W realiach powojennych najważniejszym źródłem deficytowego surowca dla imperium Stalina stała się Europa Środkowa, w tym ziemie polskie. Co ciekawe, radzieccy specjaliści mieli początkowo znacznie lepsze rozeznanie w sudeckich złożach uranu o charakterze przemysłowym niż we własnym kraju – a stało się to możliwe dzięki dokładnym, przedwojennym i wojennym badaniom geologicznym przeprowadzonym przez III Rzeszę. W grudniu 1946 roku przedstawiono Stalinowi projekt rozporządzenia o wysłaniu do Polski specjalnej grupy inżynierów w celu przeprowadzenia kompleksowych badań geologicznych na Dolnym Śląsku. Prace ruszyły już w kolejnym roku. Kluczowym efektem tych działań było podpisanie 15 września 1947 roku tajnej umowy między rządami Polski i ZSRR „w sprawie eksploatacji złóż kuźnieckich (byłych szmidebergskich) i dostawy rud z tych złóż do ZSRR”, która w praktyce w pełni regulowała kwestie poszukiwania, wydobycia i sprzedaży rudy uranowej Moskwie.
Na mocy tego porozumienia ZSRR zobowiązał się zapewnić przedsiębiorstwu wyspecjalizowaną kadrę inżynieryjno-techniczną oraz niezbędny sprzęt i materiały. Koszty prac geologiczno-poszukiwawczych wkalkulowywano bezpośrednio w koszt wydobycia, a strona radziecka gwarantowała odkupienie rudy po kosztach własnych z gwarantowanym, symbolicznym 10-procentowym zyskiem dla Polski. Jako sztywne kryterium opłacalności eksploatacji przyjęto średnią zawartość czystego metalicznego uranu w rudzie na poziomie nie mniejszym niż 0,2%. Umowę zawarto pierwotnie z terminem ważności do 1967 roku, jednak ostatecznie skrócono ten czas do końca roku 1959. Zaledwie trzy miesiące po zawarciu paktu, 1 stycznia 1948 roku, Centralny Zarząd Przemysłu Hutniczego powołał do życia Przedsiębiorstwo Państwowe „Kowarskie Kopalnie”. Pod tą nazwą tajny podmiot funkcjonował do 1951 roku, kiedy to zmieniono jego szyld na Zakłady Przemysłowe R-1 (ZPR-1) – Przedsiębiorstwo Państwowe Wyodrębnione.
Ściśle tajne poszukiwania w rejonie Nowej Rudy
Wraz z uruchomieniem struktur Zakładów R-1 na całym Dolnym Śląsku ruszyła gigantyczna, doskonale zakonspirowana akcja geologiczna. Wszystkie grupy poszukiwawcze operowały w oparciu o radzieckich doradców i radziecką aparaturę pomiarową. Do 1958 roku na tym terenie zdołano odkryć ponad 100 punktów uranonośnych oraz samodzielnych złóż. Jedna z takich tajnych operacji badawczych rozpoczęła się w 1952 roku w rejonie Nowej Rudy.
Aby zweryfikować szczegółowe wyniki tych zapomnianych prac, skontaktowałem się z Pawłem Jeżewskim – znanym badaczem i tropicielem historycznych tajemnic. To właśnie on nakierował mnie na bezcenne materiały archiwalne, przechowywane w zasobach Archiwum Państwowego we Wrocławiu oraz w jego oddziale w Kamieńcu Ząbkowickim. W toku analiz posiłkowałem się również niezwykle rzetelnym artykułem autorstwa M. Stysz, zatytułowanym „Górnictwo uranu w rejonie Gór Sowich - Upadowa Kazimierz”.
Z odnalezionych dokumentów jednoznacznie wynika, że wszelkie badania na tym terenie były obwarowane restrykcyjną klauzulą „POUFNE”. Oficjalnym, oficjalnie deklarowanym celem prowadzonych prac miało być poszukiwanie złóż łupków ogniotrwałych. Pierwsze praktyczne odwierty i pobory próbek zrealizowano bezpośrednio na obszarze produkcyjnym Kopalni Węgla Kamiennego „Nowa Ruda”. Podobne analizy przeprowadzono w Jugowie, w bliskim sąsiedztwie dawnej kopalni „Wilhelm” i szybu „Nina”. Wykazano tam obecność mineralizacji uranowej rozproszonej w węglu, która wynosiła od 200 do 600 gramów na tonę surowca. Niedługo potem ta sama formacja badawcza przeniosła się do sztolni „Henryków” w przysiółku Sowina niedaleko Ludwikowic Kłodzkich. Ponieważ uzyskane tam wyniki nie były zadowalające, poszukiwacze przesunęli się o około 500 metrów dalej, rozpoczynając intensywną eksplorację u podnóża góry Gontowa, nieopodal wsi Sokolec. Tutaj parametry okazały się na tyle obiecujące, że w 1957 roku podjęto decyzję o wydrążeniu w tym miejscu specjalnej sztolni upadowej.
Podziemna baza i dynamit na stokach Gontowej
Dla pracującej w terenie grupy poszukiwawczej zorganizowano bazę lokalową w samym Sokolcu – w wyznaczonym budynku urządzono biura oraz zaplecze sypialne dla załogi. By móc dokonywać bieżących, drobnych napraw aparatury blisko prowadzonych robót, na zboczu Gontowej wzniesiono podręczny warsztat ślusarsko-spawalniczy. Na potrzeby prac wiertniczych wodę tłoczono początkowo za pomocą wydajnej pompy prosto z lokalnego potoku w Sowinie. Kiedy jednak przodek i otwory górnicze oddaliły się zbytnio od strumienia, inżynierowie zainstalowali na szczycie Gontowej potężny metalowy zbiornik wraz z dodatkową pompą. Zasilanie stanowił poprowadzony z transformatora w Ludwikowicach Kłodzkich kilometrowy kabel w grubiej otulinie gumowej, który podwieszono na specjalnie przygotowanych, drewnianych stojakach. Cały transport ciężkiego sprzętu i materiałów realizowano od strony Sokolca, drogą wiodącą bezpośrednio na zbocza Gontowej. Zabezpieczone i skatalogowane rdzenie wiertnicze przewożono w drewnianych skrzyniach do magazynu, który zaaranżowano w budynku nieczynnego młyna w Sowinie.
Brygada mechaniczna odpowiadała za nieprzerwaną pracę kompresorów oraz właściwą konserwację pomp. W codziennym użyciu znajdowały się radzieckie kompresory przewoźne o pojemności 300 litrów, generujące ciśnienie robocze od 4 do 6 atmosfer, posiadające napęd spalinowy lub elektryczny. Do wentylacji bicia podziemnych wyrobisk stosowano wentylatory typu WLE-400. Przy robót strzałowych masowo wykorzystywano dynamit typu 5G1 ze spłonkami czasowymi, które odpalano przy użyciu radzieckich zapalarek elektrycznych BMK-3. Środki wybuchowe dostarczano na miejsce robót codziennie, pod ścisłym nadzorem konwojenta, z magazynu w miejscowości Grzmiąca (powiat głuszycki).
W pierwszym etapie prace polegały na zrobieniu głębokich rowów poszukiwawczych, co wykonywano ręcznie za pomocą kilofów i łopat. Tylko w miejscach, gdzie natrafiano na wyjątkowo twarde skały, posiłkowano się metodą strzałową. Pierwszy taki rów powstał na północno-wschodnim stoku Gontowej, tuż obok wejścia do planowanej sztolni upadowej „Kazimierz”. Kolejne przekopy realizowano od strony północnej i północno-wschodniej – łącznie na tym obszarze wytyczono i wykonano ponad 20 takich rowów.
Kolejnym, kluczowym krokiem były zaawansowane roboty wiertnicze. Wykonano dwa głębokie otwory badawcze o długości dochodzącej do 100 metrów, a uzyskane wyniki okazały się w pełni satysfakcjonujące. W strukturze geologicznej stwierdzono obecność czerni uranowej, występującej głównie w pokładach węgla w formie charakterystycznych, niewielkich gniazd. Pobrane próbki laboratoryjne wykazały zawartość uranu dochodzącą do 1,585%, a w jednym, rekordowym przypadku analizowanym przez M. Stysz – aż 3,42%. Te obiecujące dane sprawiły, że na badanym obszarze wydrążono zgodnie z planem trzy poszukiwawcze szyby górnicze, z których w jednym założono chodnik badawczy. Następnie przystąpiono do drążenia szerokiego wyrobiska korytarzowego (tzw. upadowej), któremu nadano imię „Zygmunt”. Wiązano z nim ogromne nadzieje, spodziewając się bogatego wydobycia surowca wysokiej jakości.
Koniec atomowych nadziei i zmiana w kopalnię węgla
Rzeczywistość zweryfikowała jednak te optymistyczne plany. Do końca 1957 roku z wyrobiska zdołano pozyskać zaledwie 6862 kg uranu. W marcu tego samego roku wykonano 22 dodatkowe wiercenia próbne w pokładach węgla, na podstawie których łączne, pozostałe zasoby całej kopalni oszacowano na skromne 6584 kg. Podczas tych intensywnych prac badawczych natrafiono jednak na obfite pokłady węgla kamiennego typu 34 o charakterze przemysłowym, którego średnia miąższość pokładu wynosiła około 1 metra.
Pod koniec roku wyrobisko badawcze wraz z całą infrastrukturą upadowej zostało oficjalnie przejęte przez Kopalnię Węgla Kamiennego „Thorez” z Wałbrzycha. To właśnie w tym momencie doszło do zmiany nazwy upadowej „Zygmunt” na znaną do dziś upadową „Kazimierz”. W sztolni „Kazimierz” rozpoczęto regularną eksploatację jednego pokładu węgla, stosując system ścianowy podłużny z częściowym zawałem stropu oraz tradycyjną obudowę drewnianą. Roczna produkcja tego surowca kształtowała się na poziomie od 30 do 40 tysięcy ton. 16 października 1960 roku upadową ostatecznie przejęła pod swoje skrzydła Kopalnia Węgla Kamiennego „Nowa Ruda”.
Co pozostało po upadowej „Kazimierz”?
Dziś namacalnym śladem po tamtych pionierskich pracach jest częściowo zawalony wlot do tunelu, ukryty w leśnej gęstwinie u podnóża wzniesień Ułomna i Gontowa, w granicach administracyjnych wsi Dworki (w tekście źródłowym: Dalków). Portal sztolni stanowi półkolisty, solidnie obetonowany tunel o wysokości około 2 metrów i szerokości 3 metrów. Po wejściu do środka i przejściu około 10 metrów betonowa konstrukcja przechodzi w zapadający się pod kątem 25 stopni korytarz, wzmocniony dawniej obudową stalową. Sztolnia jest obecnie drożna jedynie na odcinku około 15 metrów – dalsza część podziemnego chodnika jest już całkowicie zalana wodą.
W latach 1960–1961 w Górach Sowich przeprowadzono ostatnie, zamykające akcje poszukiwawcze uranu, które objęły swoim zasięgiem również rejon Sokolca. W trakcie tych finałowych badań wykonano rów poszukiwawczy, 150 głębokich szurfów uranowych oraz 3 głębokie odwierty sięgające 292 metrów w głąb skał. Prace te były jednak niezwykle utrudnione ze względu na bardzo podmokły, grząski teren, a promieniowanie rejestrowane w pobranych stamtąd próbkach okazało się znikome. Na sam koniec warto jednak dodać, że w 1961 roku ponownie zbadano wnętrze upadowej „Kazimierz” pod kątem promieniowania gamma. Jak wskazuje w swojej pracy M. Stysz, odnotowano wówczas rekordową, anomalną wartość wynoszącą aż 10 tysięcy mikrorentgenów na godzinę (µR/h).
„Bo każdy dzień jest częścią Historii!” Krzysztof Kręgielewski
P.S. Artykuł został przedrukowany z mojej strony na Facebooku – „Eckersdorf - Ciekawostki historyczne Bożkowa i okolic.”
Zdjęcie ukazujący tunel upadowej. Tunel jest drożny na odcinku 15m, niestety dalej korytarz jest już zalany.
Upadowa Kazimierz KWK Nowa Ruda. "Z dniem 16. października 1960 roku przejęto od Kopalni "Thorez" upadową "Kazimierz"
Fragment mapy górniczej zaznaczoną upadową "Kazimierz"
Mapa wyrobisk i pomiarów gamma upadowej Kazimierz.
( M. Stysz - Upadowa Kazimierz - Sudety nr 1 (70) 2007 s. 16)
Pierwsza strona kolejnej polsko-radzieckiej umowy na dostarczenie rudy uranu do ZSRR, zawartej w 1958 roku – Źródło AP Jelenia Góra.
Podpis samego Stalina na umowie pozwalającej wywóz złóż kuźnieckich z Polski.
Zdjęcie ukazujące upadową Kazimierz.
Warsztat ślusarski nieopodal upadowej
Budynek dawnej szkoły w Sowinie, w których utworzono biuro oraz pokoje mieszkalne dla pracowników.
UWAGA
Macie w domu stare zdjęcia, na których w tle widać kawałek Bożkowa lub jego okolic? Może fragment domu, którego już nie ma? Zdjęcie ogródka przydomowego, gdzie rosło drzewo, które zostało wycięte dawno temu? A może dziadka w kapeluszu, babcię na ławce albo dzieci biegające przy pomniku? Dla Was to może zwykła, niepotrzebna już fotografia, a dla mnie to już bezcenny okruch historii.
Jeśli przechowujecie podobne zdjęcia albo inne przedmioty, gdzieś chowane na stryszkach czy szafach dajcie znać. Zbieram okruchy tej naszej przeszłości jak rozsypane puzzle, z których próbuję ułożyć obraz Bożkowa i jego okolic sprzed lat.
Świat bardzo szybko opróżnia się z opowieści jak i ludzi. Odchodzą one po cichu, bez śladu. Razem z nimi znika to, czego nie zdążyliśmy zapytać, zanotować, usłyszeć. Dlatego każde zdjęcie, każdy szczegół i każda rozmowa mają dziś ogromne znaczenie.
Jeśli w Waszych szufladach leżą fragmenty starego Bożkowa lub jego okolic dajcie znać. Przyjadę żeby zachować to co jeszcze nie zniknęło. A przy okazji możecie w ten sposób mnie poznać, pogadać, podzielić się historią, posłuchać i powspominać.