Niedokończona inwestycja

  Na pierwszy rzut oka to tylko opuszczone hale, zardzewiałe konstrukcje i betonowe fundamenty powoli zarastające chwastami. Gdy odwiedziłem teren dawnej budowy prażalni łupków ogniotrwałych w Dzikowcu koło Nowej Rudy, dzień był ciepły i iście wiosenny. Mimo to panująca wokół aura tylko potęgowała przygnębiające wrażenie, jakie sprawiały niedokończone obiekty i porzucone urządzenia. A przecież wiązano niegdyś z tym miejscem tak wielkie nadzieje – miała to być jedna z czołowych inwestycji przemysłowych w całym regionie. Miała...

 

Gigantyczne podpory pod piece obrotowe prażalni.

 

Bocznica kolejowa przy zakładzie prażalni łupku w Dzikowcu.

  Łupki ogniotrwałe, będące produktem ubocznym wydobycia węgla w kopalni „Nowa Ruda”, stanowiły cenny surowiec wykorzystywany do produkcji materiałów ogniotrwałych dla hutnictwa i przemysłu ceramicznego. Dotychczas trafiały do starej prażalni przy kopalni, która produkowała około 90 tys. ton prażonego łupku rocznie. Ze względu na zły stan techniczny i wyeksploatowanie zakład miał zostać zamknięty w 1978 roku. W tym samym czasie miała rozpocząć działalność nowoczesna prażalnia w Dzikowcu.

  Opierając się na niezwykle optymistycznych przesłankach o rzekomo wielkich zasobach i łatwości pozyskania surowca, 9 stycznia 1969 roku Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów podjął decyzję nr 8/69 o budowie nowej prażalni łupków ogniotrwałych w Dzikowcu. Wyznaczono ambitne ramy: inwestycja miała kosztować około 600 milionów złotych, miała być ukończona w 45 mięsiącach, a docelowo miała produkować 220 tysięcy ton prażonych łupków rocznie. Inwestycję oddano pod pieczę Jaroszowskim Zakładom Materiałów Ogniotrwałych, ulokowanym ponad 70 kilometrów dalej, na północnym krańcu ówczesnego województwa wałbrzyskiego. Dla Jaroszowa miała to być dziejowa szansa – włączenie łupków obok glin do asortymentu oznaczało rozmach, wzrost produkcji i „wyjście na szerokie wody”.

Zdjęcie ukazujące zakład prażalni łupku w Dzikowcu podczas budowy. Fotografia w zbiorach autora.

 

  Z opóźnieniem, bo dopiero jesienią 1974 roku, ruszyły prace budowlane. W tym samym czasie Zjednoczenie Dolnośląskie Przemysłu Węglowego oraz Zjednoczenie Przemysłu Budowlanego przypieczętowały warunki współpracy. Głównym dostawcą surowca miała być pobliska KWK „Nowa Ruda”. Roczne dostawy zakontraktowano na poziomie 500 do 600 tysięcy ton surowego łupku przy cenie gwarantowanej 600 zł za tonę

   W malowniczej kotlinie, wśród zalesionych wzgórz, rósł nowoczesny kombinat. Powstawały potężne hale, montowano ogromne piece obrotowe, oraz postawiano wielkie zbiorniki na mazut – jedyne odpowiednie wówczas paliwo.

Jedno ze zdjęć do ukazujące piece obrotowe dzikowieckiej Prażalni. Fotografia pochodzi z czasopisma "Sztandar Młodych" z 1984 r.

 

  Mimo to, pierwotny plan sfinalizowania budowy w 1978 roku okazał się całkowitą mrzonką. Harmonogram zaczął się sypać, a inwestorzy „zawalili” siedem kolejnych terminów oddania obiektu do użytku (w tym 49- i 59-tygodniowe terminy rozruchu). Dzikowiec zaczął kojarzyć się zaangażowanym w budowę ludziom i mieszkańcom z tasiemcową listą perturbacji i huśtawką nastrojów.

  Prawdziwa katastrofa nadeszła jednak ze strony podmiotu, który miał być fundamentem sukcesu – noworudzkiej kopalni. KWK „Nowa Ruda” niespodziewanie ogłosiła, że zamiast planowanych 600 tysięcy ton surowego łupku, jest w stanie dostarczyć zaledwie połowę – około 300 tysięcy ton (a w kolejnych latach prognozy były jeszcze niższe). Oznaczało to, że nowoczesny gigant w Dzikowcu już na starcie wykorzystywałby swoje zdolności produkcyjne w zaledwie 50%.

  Na dodatek wyszło na jaw, że obiecany surowiec jest nadzwyczaj marnej jakości. Łupki z Nowej Rudy nie zawierały wystarczającej ilości kluczowego trójtlenku glinu (tlenku glinu) oraz posiadały za to niedopuszczalnie wysokie, niszczące jakość stężenie związków żelaza. Jakby tego było mało, w obliczu kryzysu gospodarczego lat 70., ceny surowców oszalały. Kontraktowa cena łupku wzrosła z 1,6 tys. zł na starcie budowy do ponad 7 tysięcy złotych za tonę w ósmym roku prac (ponad 11-krotny wzrost względem pierwotnych założeń!). Gdy sporządzono bezwzględny rachunek ekonomiczny, prawda poraziła decydentów. Po pełnej przeróbce w Dzikowcu, jedna tona rodzimego łupku kosztowałaby około 30 tysięcy złotych. W tym samym czasie koszt sprowadzenia tej samej ilości doskonałego jakościowo łupku z Wielkiej Brytanii wynosił zaledwie 12 tysięcy złotych. Dzikowiecka prażalnia po prostu nie znalazłaby na rynku żadnego „jelenia” skłonnego kupić jej produkty.

  Mimo piętrzących się problemów, maszyna budowlana parła do przodu siłą bezwładu, pochłaniając kolejne miliony. Jesienią 1981 roku decyzją rządu inwestycję ostatecznie wstrzymano i przewidziano do zaniechania.

  Gdy zapadła ta ostateczna wyrokiem odmowna klamka, stan zaawansowania prac na budowie prezentował się imponująco i tragicznie zarazem: Zaawansowanie ogólne: około 70–72% inwestycji, w tym prace fundamentowe ukończone w 90%, konstrukcje stalowe zamontowane w 80%, hale produkcyjne w stanie surowym zamkniętym, montaż maszyn i urządzeń: wykonany w 80%, budynki zaplecza socjalno-bytowego były gotowe w 90% a pozostałe budynki kompleksu w 60%.

Zdjęcie ukazujące zarys zakładu, na pierwszym planie tabliczka miejscowości - Dzikowiec. Fotografia pochodzi z czasopisma "Sztandar Młodych" z 1984 r.

 

  Z łącznej liczby 70 obiektów tworzących potężny kompleks prażalni, aż 40 zakończono w całości. Na swoich miejscach stały gotowe m.in. dwa potężne, monumentalne piece obrotowe.Do tamtego momentu wydano na budowę ogromne kwoty – w zależności od szacunków i urealniania cen w kolejnych latach, bezpośrednie nakłady wyniosły od 820 do 967 milionów złotych.

  W 1983 roku Jaroszowskie Zakłady Materiałów Ogniotrwałych podjęły ostatnią rozpaczliwą próbę ratowania inwestycji z własnych środków, jednak z braku kapitału wystąpiły o kredyt do Narodowego Banku Polskiego. NBP, po chłodnej analizie, odmówił finansowania. Inwestycja w żaden sposób nie spełniała podstawowych kryteriów efektywności ekonomicznej.

  W czerwcu kolejnego roku specjalna komisja międzyresortowa (złożona z przedstawicieli Ministerstwa Górnictwa i Energetyki oraz Ministerstwa Hutnictwa i Przemysłu Maszynowego) przedstawiła ostateczny raport. Aby w ogóle uruchomić prażalnię (według cen z 1982 roku), należało wpompować w sam zakład kolejne 1,3 miliarda złotych, a dodatkowo wydać 600 milionów złotych na modernizację kopalni Nowa Ruda, by ta mogła dostarczyć chociażby 410 tysięcy ton łupku rocznie. W realiach pogrążonego w kryzysie kraju zdobycie takich środków było całkowicie nierealne. Prażalnia stała się dla Jaroszowa ciężarem nie do uniesienia – przysłowiowym garbem.

  Równie absurdalny okazał się projekt ratowania sytuacji poprzez budowę dodatkowego zakładu wzbogacania łupku. Koszt tej operacji oszacowano na astronomiczne 800 milionów złotych. Co gorsza, nikt z planistów nie wziął pod uwagę podstawowego faktu: do procesu wzbogacania łupku potrzebne są gigantyczne ilości wody, której w suchej okolicy Dzikowca po prostu nigdy nie było.

  Na budowie ostatecznie położono krzyżyk. Cały majątek niedoszłego giganta, ujęty w księgach i oszacowany oficjalnie na 919 milionów złotych, został wystawiony na licytację.

Raport dotyczący dostaw łupku z KWK "Nowa Ruda". Z akt Archiwum Państwowego we Wrocławiu.

 

  Likwidacja i wyprzedaż idą niezwykle opornie. Choć początkowo brakowało chętnych na zakup niedokończonych obiektów, pojawiła się mała iskierka nadziei, że rozłożona na czynniki pierwsze prażalnia na coś się komuś przyda. Architekturę przemysłową zaczęto sprzedawać kawałek po kawałku: halę przygotowania produkcji wraz z zamontowanymi kruszarkami prawdopodobnie przejmą Wrocławskie Kopalnie Skalnych Surowców Drogowych, wielkie zbiorniki na mazut zamierza wykorzystać Centrala Produktów Naftowych (CPN), duże magazyny otwarte wraz z bocznicą kolejową (około 8 km torów) przejmie Węglowe Zagłębie Wałbrzyskie, zaś suszarka – stabilizarka zakupi Zakłady Przemysłu Jedwabniczego „Nowar”

Raport realizacji likwidacji zakładu prażalni łupku w Dzikowcu. Z akt Archiwum Państwowego we Wrocławiu.

 

  Historia prażalni łupków ogniotrwałych w Dzikowcu to bolesny podręcznikowy przykład tego, jak nie należy planować inwestycji. Przeświadczenie, że jakoś to będzie, brak rzetelnych analiz geologicznych, ignorowanie kosztów transportu oraz surowy dyktat ekonomiczny rynku zniszczyły projekt, który kosztował setki milionów złotych. Pieniądze te bezpowrotnie poszły w błoto – którego, ironicznie, w Dzikowcu nigdy nie brakowało.

  W artykule wykorzystano materiały źródłowe przechowywane w Archiwum Państwowym we Wrocławiu oraz z czasopisma „ Sztandar Młodych” z 1984 r.

 

 

„Bo każdy dzień jest częścią historii !”

Krzysztof Kręgielewski

P.S.

Artykuł został przedrukowany z mojej strony

na Facebooku - "Eckersdorf - Ciekawostki historyczne Bożkowa i okolic."

Uwaga

Macie w domu stare zdjęcia, na których w tle widać kawałek Bożkowa lub jego okolic? Może fragment domu, którego już nie ma?  Zdjęcie ogródka przydomowego, gdzie rosło drzewo, które zostało  wycięte dawno temu? A może dziadka w kapeluszu, babcię na ławce albo dzieci biegające przy pomniku? Dla Was to może zwykła, niepotrzebna już fotografia, a dla mnie to już  bezcenny okruch historii.  

Jeśli przechowujecie podobne zdjęcia albo inne przedmioty, gdzieś chowane na  stryszkach czy szafach  dajcie znać. Zbieram okruchy tej naszej przeszłości jak rozsypane puzzle, z których próbuję ułożyć obraz Bożkowa i jego okolic sprzed lat.

Świat bardzo szybko opróżnia się z opowieści jak i ludzi. Odchodzą one po cichu, bez śladu. Razem z nimi znika to, czego nie zdążyliśmy zapytać, zanotować, usłyszeć. Dlatego każde zdjęcie, każdy szczegół i każda rozmowa mają dziś ogromne znaczenie.

 

Jeśli w Waszych szufladach leżą fragmenty starego Bożkowa lub jego okolic dajcie znać. Przyjadę żeby zachować to co jeszcze nie zniknęło. A przy okazji możecie w ten sposób mnie poznać, pogadać, podzielić się historią, posłuchać i powspominać.