Płomienie nad Tłumaczowem

 

  Jesienią 1621 roku nad pograniczem hrabstwa kłodzkiego zawisł strach. Wojna trzydziestoletnia, która ogarnęła niemal całą Europę, nie była już odległym konfliktem książąt i cesarzy. Dotarła do małych wsi, drewnianych kościołów i zwykłych chłopów żyjących między Nową Rudą a czeskim Broumovem. Jednym z miejsc, które stało się symbolem tej tragedii, był Tłumaczów.

  Dziś o dawnych wydarzeniach przypominają jedynie stare epitafia wmurowane w mur przy kościele świętych Piotra i Pawła. Jedna z płyt poświęcona jest Carlowi von Tschischwitzowi — dawnemu właścicielowi Wojborza i Tłumaczowa, które je objął w 1580 roku, niestety zmarł po 1589 roku. Druga, niewielka, należy do dziecka. Zgodnie z inskrypcją przeżyło jedynie 13 lat i 28 tygodni, zmarło w 1613 roku. Kamień przetrwał wieki. Ludzie — nie.

  Jeszcze na początku XVII wieku Tłumaczów był spokojną miejscowością pogranicza. Mieszkańcy żyli rytmem pracy na roli, nabożeństw i handlu z pobliskimi Czechami. Jednak religijny konflikt pomiędzy protestantami i katolikami zmienił wszystko. Szlachta hrabstwa kłodzkiego opowiedziała się po stronie protestanckiego powstania czeskiego przeciw cesarzowi Ferdynandowi II Habsburgowi. W odpowiedzi wojska cesarskie rozpoczęły marsz na ziemię kłodzką.

  Jesienią 1621 roku właściciele okolicznych dóbr nakazali mobilizację chłopów i utworzenie straży granicznych. Nie byli oni zawodowymi żołnierzami. Większość stanowili zwykli mieszkańcy pobliskich wiosek uzbrojeni w kosy, siekiery i stare rusznice. Ich zadaniem było zatrzymać cesarskie oddziały nacierające od strony czeskiego Broumova.

Pocztówka przedstawiająca panoramę na Tłumaczów.

 

26 września wojska katolickiej Austrii uderzyły na protestancką wówczas Nową Rudę. Mieszkańcy miasta, wspierani przez oddziały z Kłodzka, zdołali odeprzeć atak. Sukces okupiono jednak krwią — zginęło około trzydziestu noworudzian. Austriacy wycofali się tylko na krótko. Kilka tygodni później ruszyli ponownie. Tym razem celem był Tłumaczów. 21 października 1621 roku we wsi rozegrały się dramatyczne sceny. Straż graniczna i chłopi próbowali powstrzymać regularne wojska cesarskie. Walka była nierówna. Wyszkoleni żołnierze szybko przełamali opór obrońców. Ci, którzy przeżyli pierwsze starcie, uciekli do miejscowego kościoła świętych Piotra i Pawła. Drewniana świątynia miała stać się dla nich schronieniem. Szybko jednak okazała się śmiertelną pułapką. Według przekazów w kościele zamknęło się około dwustu ludzi. Cesarscy żołnierze otoczyli budynek. Nie podjęli negocjacji. Zaryglowali drzwi i podłożyli ogień. Ogień błyskawicznie objął drewnianą konstrukcję świątyni. Wewnątrz wybuchła panika. Ludzie dusili się od dymu i próbowali wydostać się na zewnątrz. Bezskutecznie.

Barokowy kościół św. Piotra i Pawła z 1661 r.

Kościół św. Piotra i Pawła w Tłumaczowie. Zdjęcie z lat 70-tych. Zdjęcie z karty informacyjnej o zabytku.

  Tylko nielicznym udało się wyrwać z płomieni, ginęli od mieczy i kul na przykościelnym cmentarzu. Tego dnia w Tłumaczowie śmierć poniosło około dwustu chłopów i obrońców pogranicza. Spłonął także cały kościół. Wieść o tragedii błyskawicznie rozeszła się po Ziemi Kłodzkiej. Dla protestantów stała się symbolem okrucieństwa wojny i bezwzględności cesarskich wojsk. W Nowej Rudzie narastał gniew. Kilka tygodni później mieszkańcy miasta wyruszyli z odwetową wyprawą na czeski Broumov. Żądni zemsty przekroczyli granicę w okolicy Włodowic i wkroczyli do Sonova — pierwszej czeskiej wsi na ich drodze, niewielkiej i spokojnej. 11 listopada 1621roku, w dzień św. Marcina, we wsi byli tylko chłopi, kobiety i dzieci. W tej chwili nie chodziło już o honor ani religię. Pozostała wyłącznie zemsta. Po masakrze odstąpiono od dalszego marszu na Broumov i zawrócono.

  Przez wiele lat po pożarze kościół w Tłumaczowie pozostawał ruiną. Zgliszcza przypominały o tragedii z 1621 roku i upadku dawnej protestanckiej wspólnoty. Parafia już nigdy nie odzyskała wcześniejszego znaczenia. Po wojnie rozpoczęła się przymusowa rekatolicyzacja ziemi kłodzkiej.

  Dopiero po zakończeniu wojny trzydziestoletniej podjęto wysiłek odbudowy świątyni. Wielką rolę odegrał proboszcz Jeremiasz Liebisch ze Ścinawki Średniej. Kilka razy w roku przyjeżdżał do Tłumaczowa i na ruinach spalonego kościoła wygłaszał kazania, zachęcając mieszkańców do odbudowy domu Bożego. Ludzie odpowiedzieli. Mimo biedy i zniszczeń udało się wznieść nową świątynię. 2 lipca 1663 roku arcybiskup Pragi, kardynał Ernst von Harrach, poświęcił odbudowany kościół pod dawnym wezwaniem świętych Piotra i Pawła. Był to już jednak kościół katolicki. Drewniana budowla nie przetrwała długo — w 1711 roku zastąpiła ją nowa, murowana świątynia stojąca do dziś.

Epitafium należąca do dziecka. Zgodnie z
inskrypcją przeżyło jedynie 13 lat i 28 tygodni,  zmarło w 1613 roku.

Epitafium poświęcony Carlowi von Tschischwitzowi — dawnemu właścicielowi Wojborza i Tłumaczowa, które je objął w 1580 roku,              zmarł po 1589 roku.

   

A dawne epitafia nadal milczą. Kamienne płyty przy murze kościelnym są jednymi z niewielu świadków tamtych wydarzeń. Przetrwały wojny, pożary i zmieniające się granice. Dla współczesnych mieszkańców są nie tylko zabytkiem sztuki sepulkralnej, ale także niemym przypomnieniem o tragedii, która przed ponad czterystu laty zamieniła Tłumaczów w miejsce śmierci i płomieni.

Artykuł powstał na podstawie pozycji książkowej: "Kronika miasta Nowa Ruda" autorstwa Josepha Wittiga oraz "Chronicken der Grafschaft Glatz. Bd. 5" autorstwa Josepha Kögler.

 

„Bo każdy dzień jest częścią historii.”

Krzysztof Kręgielewski

 

P.S. Artykuł został przedrukowany z mojej strony

na Facebooku - "Eckersdorf - Ciekawostki historyczne Bożkowa i okolic."

 

UWAGA

Macie w domu stare zdjęcia, na których w tle widać kawałek Bożkowa lub jego okolic? Może fragment domu, którego już nie ma?  Zdjęcie ogródka przydomowego, gdzie rosło drzewo, które zostało  wycięte dawno temu? A może dziadka w kapeluszu, babcię na ławce albo dzieci biegające przy pomniku? Dla Was to może zwykła, niepotrzebna już fotografia, a dla mnie to już  bezcenny okruch historii.  

Jeśli przechowujecie podobne zdjęcia albo inne przedmioty, gdzieś chowane na  stryszkach czy szafach  dajcie znać. Zbieram okruchy tej naszej przeszłości jak rozsypane puzzle, z których próbuję ułożyć obraz Bożkowa i jego okolic sprzed lat.

Świat bardzo szybko opróżnia się z opowieści jak i ludzi. Odchodzą one po cichu, bez śladu. Razem z nimi znika to, czego nie zdążyliśmy zapytać, zanotować, usłyszeć. Dlatego każde zdjęcie, każdy szczegół i każda rozmowa mają dziś ogromne znaczenie.

 

Jeśli w Waszych szufladach leżą fragmenty starego Bożkowa lub jego okolic dajcie znać. Przyjadę żeby zachować to co jeszcze nie zniknęło. A przy okazji możecie w ten sposób mnie poznać, pogadać, podzielić się historią, posłuchać i powspominać.