Ziemia odsłania tajemnice.

Bolesne znaleziska z pierwszych powojennych miesięcy

 

 W czasie II wojny światowej w Ludwikowicach Kłodzkich — noszących wówczas niemiecką nazwę Ludwigsdorf i znajdujących się w granicach III Rzeszy — doszło do szeregu hitlerowskich zbrodni. Wiele z nich do dzisiaj nie ujrzało światła dziennego.

 W latach 1941–1945 w miejscowości funkcjonowały trzy obozy dla robotników przymusowych i więźniów różnej narodowości. Większość z nich pracowała na rzecz przemysłu zbrojeniowego w zakładach „Dynamit Fabrik AG in Ludwigsdorf Kreis Glatz”. W fabryce produkowano amunicję przeciwlotniczą i przeciwpancerną, miny, bomby oraz granaty. Zakład nie korzystał z podwykonawców — na jego terenie znajdowała się pełna linia produkcyjna: od mielenia prochu, przez jego sortowanie i parowanie, aż po umieszczanie ładunków w łuskach pocisków czy bomb. Teren fabryki podzielony był na cztery sektory (Abschnitt I–IV). Łącznie zatrudniano tam około 4000 osób, z czego od 2500 do 3000 stanowili obcokrajowcy i więźniowie obozów.

Zdjęcie ukazujące kopalnie Wacław, która na potrzeby zbrojeniowe została zamknięta,

a na jej terenach powstał zakład zbrojeniowy Dynamit Aktolion Gesellschaft.

 

 Najbardziej niszczycielska dla zdrowia była praca przy dozowaniu prochu. Pozbawieni jakichkolwiek środków ochrony osobistej więźniowie wdychali pył bezpośrednio do płuc, co wywoływało silne ataki kaszlu. Unoszące się chmury pyłu i gazu prowadziły do ciężkich chorób serca, płuc oraz oczu. Z czasem skóra i włosy pracowników przybierały żółto-zielony, zielony lub czerwony odcień, a na ich ciałach pojawiały się bolesne owrzodzenia. Większość z nich nie dożyła końca wojny. Do masowej śmiertelności przyczyniały się również niekończące się apele, głodowe racje żywnościowe, brak podstawowych warunków sanitarnych oraz wycieńczające marsze z obozu do fabryki.

 Konsekwencje tych warunków opisała w swoich zeznaniach była więźniarka, Giza Klein: „Wielu ludzi zachorowało na płuca z powodu prochu. Byliśmy bardzo brudni. Nie można było się umyć. Wszystko było zielonkawo-żółte od prochu. Ręce były poparzone od prochu. Chleb też miał gorzki smak. Nie było wszy ani pluskiew – uciekały przed prochem. Proch zabijał wszystko”.

 Więźniowie ginęli nie tylko z powodu wycieńczenia, ale byli także bezpośrednio mordowani przez strażników SS oraz kapo. Z relacji świadków wynika ponadto, że część z nich poddawano okrutnym testom farmaceutycznym (podawano im nieznane zastrzyki i tabletki). Mimo niezwykle wysokiej śmiertelności stan osobowy w fabryce nie malał — brakującą siłę roboczą stale uzupełniano nowymi transportami Żydów kierowanymi z innych obozów.

Zdjęcie ze zbirów Paweła Dec- pasjonaty historii okolic Jugowa. Zdjęcie przedstawia na drugim planie czynną elektrownię

i górę Włodyka w Ludwikowicach Kłodzkich.

 

 Do dziś nie ustalono dokładnej liczby więźniów, którzy stracili życie w Ludwikowicach Kłodzkich. Po wojnie członkowie Główniej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich dotarli do naocznych świadków, a protokoły z ich przesłuchań znajdują się obecnie w archiwach państwowych w Polsce i za granicą.

Artykuł z 10 listopada 1946 roku dwutygodnika „Nowe Życie” Trybuny Dolnośląskiej Komitetu Żydowskiego obrazujący nam uroczystość żałobną zamordowanych pracowników w Ludwikowicach Kłodzkich podczas II wojny światowej.

 

W 1946 roku, w wyniku prac Komisji, zlokalizowano jedno z miejsc pochówku. Część rodzin ekshumowała swoich bliskich, by przenieść ich do rodzinnych miejscowości, natomiast dla pozostałych utworzono zbiorową mogiłę. Przebieg uroczystości pogrzebowych opisał dwutygodnik „Nowe Życie” (Trybuna Dolnośląska Komitetu Żydowskiego) z 10 listopada 1946 roku (artykuł pozyskany od Pawła Jeżewskiego, pasjonata historii okolic Nowej Rudy):

„W Ludwikowie (pow. Kłodzko), gdzie podczas okupacji znajdował się obóz koncentracyjny i gdzie obecnie znajduje się bratnia mogiła 560 umęczonych Żydów, odbyła się uroczystość żałobna, w której brał udział oprócz delegacji Powiatowego Komitetu żydowskiego i przedstawicieli Komitetu Żydowskiego w Nowej Rudzie cała ludność żydowska Ludwikowa i szerokie rzesze Żydów okolicznych miast. Na uroczystość przybyli także pierwszy sekretarz PPR w Ludwikowie i przewodniczący miejscowej Rady Gminnej…”

Podczas ceremonii odczytano 150 nazwisk bestialsko zamordowanych Żydów. Tożsamość pozostałych z 560 pochowanych tam osób do dziś pozostaje nieznana. Mogiła znajdowała się w lesie powyżej budynków fabryki amunicji, na zboczu góry Włodyka (tzw. Abschnitt IV), leżącej między elektrownią a drogą prowadzącą do Jugowa.

Fragment zdjęcia lotniczego wykonanego 11 grudnia 1944r. nad terenem fabryki amunicji w Ludwikowicach Kłodzkich.
W centralnej części zaznaczone jest miejsce gdzie zlokalizowana była największa ilość mogił. [Zdjęcie pochodzi ze zbiorów NARA]

 

 Odkryte miejsce nie było jedyną mogiłą zamordowanych w tej miejscowości więźniów. W latach 60. XX wieku na tej samej górze zlokalizowano kolejne masowe groby zamordowanych pracowników fabryki amunicji. Znajdowały się one poniżej betonowej drogi wiodącej przez las do magazynów amunicji, w pobliżu wyciągu kolejkowego wywożącego szlakę na hałdę z elektrowni. Ciała zamordowanych ułożono w podłużnych dołach, jedno obok drugiego. Miejsce to jest dziś określane nazwą Tobruk. Odnalezione szczątki zostały ekshumowane przez Polski Czerwony Krzyż. Z zachowanej notatki przechowywanej w Muzeum Gross Rosen wynika, że odnaleziono tam 280 ciał zamordowanych Żydów. Teren ten był w przeszłości ogrodzony betonowymi słupami oraz metalową siatką.

 Z zeznań mieszkańców wynika, że mogił mogło być znacznie więcej. Wynikało to z faktu, że Niemcy kopali je w sposób chaotyczny i nie oznaczali ich w terenie. Groby znajdowały się również na górze Gontowa, tuż obok elektrowni, przy drodze prowadzącej do bunkrów na Włodyce oraz przy drodze łączącej Ludwikowice z Jugowem. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że mniejsze zbiorowe mogiły do dziś znajdują się w okolicy dzisiejszej ulicy Fabrycznej.

 Skalę śmiertelności oddaje relacja Pani Krystyny Iwanowskiej, która była pracownikiem przymusowym w tutejszej fabryce:

„W jedną tylko zimę zmarło ponad 800 więźniów, a grzebani byli na terenie fabryki. Nieraz widzieliśmy, jak ciała wieziono na zwykłym chłopskim wozie, a za siłę pociągową służyli inni, którzy jeszcze ciągli nogami”.

 W dniach o szczególnie wysokiej śmiertelności ciągnięto po dwa wózki naraz. Gdy zwłok było bardzo dużo, transportowano je dodatkowo na drabinach. Pod koniec wojny sytuacja stała się na tyle tragiczna, że każdego dnia wywożono do lasu około 30 ciał.

 W tym miejscu pojawia się pytanie o to, czy udało się ustalić sprawców tych zbrodni i czy ponieśli oni zasłużoną karę. Śledztwo prowadzone po wojnie przez Okręgową Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich wykazało, że dzień przed nadejściem wojsk radzieckich niemiecka załoga obozu uciekła w nieznanym kierunku. Dnia 20 września 1971 roku Sędzia Sądu Wojewódzkiego we Wrocławiu delegowany do Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich podjął decyzję o umorzeniu postępowania o sygnaturze Ds. 2.68 w sprawie zbrodni popełnionych na więźniach obozów w Ludwikowicach Kłodzkich. W uzasadnieniu podano, że podczas śledztwa nie zdołano precyzyjnie ustalić faktów związanych z popełnionymi czynami, powiązać ich z konkretnymi osobami ani ustalić, czy podejrzani wciąż żyją i gdzie przebywają.

 Niezwykle tajemniczy pozostaje fakt odkrycia na terenie fabryki archiwum z kartotekami żydowskich więźniów, do którego doszło trzy lata po zakończeniu wojny. Wśród dokumentacji znajdowały się dane licznych inżynierów, zegarmistrzów oraz jubilerów. Pod koniec lat 40. archiwum to zostało wywiezione przez wojsko w stronę Wrocławia, gdzie wszelki słuch po nim zaginął.

 

Bo każdy dzień jest częścią Historii!”

Krzysztof Kręgielewski

 

P.S.

Artykuł został przedrukowany z mojej strony

na Facebooku - "Eckersdorf - Ciekawostki historyczne Bożkowa i okolic."

Uwaga

Macie w domu stare zdjęcia, na których w tle widać kawałek Bożkowa lub jego okolic? Może fragment domu, którego już nie ma?  Zdjęcie ogródka przydomowego, gdzie rosło drzewo, które zostało  wycięte dawno temu? A może dziadka w kapeluszu, babcię na ławce albo dzieci biegające przy pomniku? Dla Was to może zwykła, niepotrzebna już fotografia, a dla mnie to już  bezcenny okruch historii.  

Jeśli przechowujecie podobne zdjęcia albo inne przedmioty, gdzieś chowane na  stryszkach czy szafach  dajcie znać. Zbieram okruchy tej naszej przeszłości jak rozsypane puzzle, z których próbuję ułożyć obraz Bożkowa i jego okolic sprzed lat.

Świat bardzo szybko opróżnia się z opowieści jak i ludzi. Odchodzą one po cichu, bez śladu. Razem z nimi znika to, czego nie zdążyliśmy zapytać, zanotować, usłyszeć. Dlatego każde zdjęcie, każdy szczegół i każda rozmowa mają dziś ogromne znaczenie.

 

Jeśli w Waszych szufladach leżą fragmenty starego Bożkowa lub jego okolic dajcie znać. Przyjadę żeby zachować to co jeszcze nie zniknęło. A przy okazji możecie w ten sposób mnie poznać, pogadać, podzielić się historią, posłuchać i powspominać.