Jak miłość ojca dała początek najsłynniejszej szopce w Kotlinie Kłodzkiej

 

 Co zrobić, by na twarzy pogrążonego w smutku dziecka znowu zawitał uśmiech? Longin Wittig, ślusarz i zegarmistrz z Wambierzyc, znalazł odpowiedź, która przetrwała ponad półtora wieku. Z wielkiego ojcowskiego serca i kawałka lipowego drewna narodziło się dzieło, które do dziś zachwyca pokolenia.

Wambierzyce na karcie pocztowej z początku XX w.

 

 Nad kołyszącą się miarowo kołyską pochylają się głowy Maryi i Józefa. Nad nimi wzlatują anioły dęjące w złociste trąby, w tle widać owieczki oraz padających na kolana pasterzy. Wszystko to porusza się w rytmie melodii – niby kołysanki, niby pastorałki – wygrywanej przez klasyczną pozytywkę. Ruch figurek to zasługa precyzyjnego mechanizmu zegarkowego.

 To Szopka Wittiga w Wambierzycach – najbardziej znana i zarazem najstarsza ruchoma szopka w całej Kotlinie Kłodzkiej. Najstarszy jej fragment liczy sobie już ponad 160 lat. Niezwykła ekspozycja znajduje się w budynku stojącym dokładnie w miejscu dawnego domu jej twórcy, u podnóża wambierzyckiej Kalwarii.

 Stworzył ją Longin Wittig, z zawodu ślusarz i zegarmistrz, a z umiłowania rzeźbiarz-samouk. Jasełkowe figurki z niezwykłą cierpliwością i pracowitością wycinał z miękkiego drewna lipowego.

Szopka Wittiga w Wambierzycach

Pamiątka po matce, która ukoiła ból

 Niezwykła jest sama historia powstania tego arcydzieła. Longin Wittig urodził się w 1824 roku we wsi Góra Św. Anny koło Nowej Rudy. Choć zawodowo zajmował się zegarmistrzostwem i ślusarstwem, jego pasją było również odnawianie ołtarzy – pędzel i dłuto artysty pozostawił m.in. w Ścinawce Dolnej i Średniej, Wojborzu, Raszkowie oraz w samej Nowej Rudzie.

 Gdy w 1882 roku Wittig sprowadził się do Wambierzyc, dotknęła go osobista tragedia – wkrótce po przyjeździe owdowiał. Utrata matki była ogromnym ciosem dla jego małego synka. Widząc wielki ból chłopca i pragnąc wywołać choć cień uśmiechu na jego twarzy, rzeźbiarz postanowił podarować mu coś wyjątkowego – prezent, który miał mu przypominać zmarłą mamę. Na Święta Bożego Narodzenia wręczył mu własnoręcznie wykonaną, ruchomą szopkę.

Dzieło pokoleń: Od ojcowskiego daru do 800 figurek

 Mijały lata, chłopiec wyrósł, a sam Wittig ożenił się po raz drugi. Artysta nie zaprzestał jednak pracy nad rzeźbami. Swoją szopkę zaczął pokazywać okolicznym mieszkańcom. Pełna misternych, kolorowych figurek gablota szybko stała się wielką atrakcją dla pielgrzymów i turystów odwiedzających Wambierzyce. Za ich namową rzeźbiarz wykonał kolejną scenę – Drogę Krzyżową.

 Gdy w 1895 roku Longin Wittig zmarł, opieki nad dziełem nie zaniechano. Przejął ją jeden z jego trzech synów, Herman Wittig, który z pasją kontynuował dzieło ojca. Spod jego dłuta wyszły kolejne przejmujące i barwne sceny:

  • Rzeź dzieci na rozkaz Heroda,

  • Święta Rodzina oraz 12-letni Jezus w świątyni,

  • Ostatnia Wieczerza,

  • Objawienie Matki Bożej w Lourdes,

  • Sceny obyczajowe: zabawa ludowa oraz kopalnia węgla.

 Łącznie szopka urosła do imponującej liczby 800 figurek. Niezwykle fascynujący jest fakt, że część z nich do dziś porusza się za pomocą skomplikowanych mechanizmów, które są napędzane wyłącznie ręcznie – za pomocą mechanizmu korbowego.

Herman Wittig. Zdjęcie z 1930 r.

Jerozolima w sercu Kotliny Kłodzkiej

 Twórcy szopki mieli zamysł, by przedstawione sceny przypominały biblijną Jerozolimę. Ponieważ jednak żaden z nich nigdy nie widział Bliskiego Wschodu, przenieśli na makiety to, co było im najbliższe. Gmachy grodu przypominają kamieniczki pobliskich sudeckich miasteczek, jerozolimskie kościoły nawiązują architekturą do wambierzyckiej bazyliki, a na szczytach gór wznoszą się zamki do złudzenia przypominające ten w Ratnie Dolnym. Co więcej, figurki zostały ubrane w tradycyjne stroje, jakie nosili w tamtych czasach mieszkańcy Kotliny Kłodzkiej.

Rodzina Wittiga przed domem. Zdjęcie z 1912 r.

 

Magia, która nie przemija

 Szopka szybko zyskała wielką sławę w całej okolicy i na stałe trafiła do przewodników turystycznych, stając się nieodłącznym punktem odwiedzin Wambierzyc. Od pokoleń przyciąga zarówno dzieci, jak i dorosłych, pielgrzymów oraz turystów.

 I choć najwięcej uciechy z oglądania tego miniaturowego świata mają zazwyczaj najmłodsi, to i dla dorosłych jest to niezwykła, pełna nostalgii atrakcja. Oglądając misterny ruch figurek i słuchając XIX-wiecznej pozytywki, trudno nie poczuć uznania dla kunsztu dawnych mistrzów – i dla siły ojcowskiej miłości, od której wszystko się zaczęło.

 

„Bo każdy dzień jest częścią historii.”

Krzysztof Kręgielewski

 

P.S. Artykuł został przedrukowany z mojej strony

na Facebooku - "Eckersdorf - Ciekawostki historyczne Bożkowa i okolic."

 

UWAGA

Macie w domu stare zdjęcia, na których w tle widać kawałek Bożkowa lub jego okolic? Może fragment domu, którego już nie ma?  Zdjęcie ogródka przydomowego, gdzie rosło drzewo, które zostało  wycięte dawno temu? A może dziadka w kapeluszu, babcię na ławce albo dzieci biegające przy pomniku? Dla Was to może zwykła, niepotrzebna już fotografia, a dla mnie to już  bezcenny okruch historii.  

Jeśli przechowujecie podobne zdjęcia albo inne przedmioty, gdzieś chowane na  stryszkach czy szafach  dajcie znać. Zbieram okruchy tej naszej przeszłości jak rozsypane puzzle, z których próbuję ułożyć obraz Bożkowa i jego okolic sprzed lat.

Świat bardzo szybko opróżnia się z opowieści jak i ludzi. Odchodzą one po cichu, bez śladu. Razem z nimi znika to, czego nie zdążyliśmy zapytać, zanotować, usłyszeć. Dlatego każde zdjęcie, każdy szczegół i każda rozmowa mają dziś ogromne znaczenie.

 

Jeśli w Waszych szufladach leżą fragmenty starego Bożkowa lub jego okolic dajcie znać. Przyjadę żeby zachować to co jeszcze nie zniknęło. A przy okazji możecie w ten sposób mnie poznać, pogadać, podzielić się historią, posłuchać i powspominać.