Aparat bezpieczeństwa w Nowej Rudzie po II wojnie światowej

 

 Wyobraźcie sobie budynek w centrum Nowej Rudy, który mijacie niemal każdego dnia idąc do pracy czy na zakupy. Zaraz po wojnie to miejsce stało się czarną dziurą na mapie miasta. Miejscem, z którego dobiegały krzyki. To tu przy ulicy Kolejowej 18 czas przez pewien okres się zatrzymał, a życie ludzkie straciło jakąkolwiek wartość.

 Miejsce te przed wojną było elegancką kamienicą komisariatu policji wraz częścią mieszkalną samego kapitana placówki. Zaraz po wojnie na krótko komisariatem milicji obywatelskiej. Sam budynek został wzniesiony wzniesiono w 1892 roku i wykończony został z cegły w stylu neogotyckim. Nad wejściem do tego budynku znajduje się jedyne na obszarze Polski popiersie Henryka II Świętego (973–1024) z jego atrybutami: koroną cesarską na głowie i trzymanymi w dłoniach berłem (w lewej) oraz miniaturą katedry w Bambergu (w prawej). Poniżej znajduje się napis w j. niem.  H.[eilige] Heinrich i rok 1892.

Budynek przy dzisiejszej ul. Kolejowej 18 wraz z popiersiem Henryka II umieszczonym nad wejściem.

 

 Kiedy w 1955 r komisariat milicji przeniesiono do nowej siedziby przy ulicy Bohaterów Getta 29 mury kamienicy nasiąknęły strachem. Wszystko stało się za sprawą uchwały Prezydium Rządu z 11 sierpnia 1954 r. za sprawą, której utworzono w Polsce Ludowej 19 nowych powiatów w tym powiat noworudzki, do którego weszły miasta Nowa Ruda i Radków z ich gromadami. Wraz z powstaniem nowego powiatu utworzono 1 października 1954 r. siedzibę urzędu Służby Bezpieczeństwa  w Nowej Rudzie zgodnie z rozkazem organizacyjnym nr 51. Placówka ta składała się z kierownictwa, sekretariatu, referatu śledczego i referatu gospodarczego z sekcją węglową.  Jak widać wybór siedziby nie był przypadkowy. Kamienica stała się symbolem bezprawia w samym sercu miejscowości. To gorzka ironia losu. Tam, gdzie kiedyś pilnowano prawa, teraz zapanował brutalny aparat represji.

Dokument przedstawiający rozkaz utworzenia placówki Urzędu Bezpieczeństwa (UB) w Nowej Rudzie (Z akt Archiwum IPN).

 Aby zrozumieć, dlaczego urzędnicy tego resortu działali z taką brutalnością i wręcz nieludzką precyzją, musimy przyjrzeć się ich elicie operacyjnej. W tym miejscu z pomocą przychodzą akta z archiwum Instytutu Pamięci Narodowej, w których możemy dostrzec, jak wyglądało przygotowanie funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa. Oficerowie bezpieki przechodzili swoistą „szkołę przetrwania”, a także specyficzne szkolenie z zakresu prowadzenia śledztw podczas kursów organizowanych w Centrum Wyszkolenia Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Legionowie. 24 lutego 1947 r. jednym z kursantów tej szkoły był Henryk Kol. Kilka lat później, 8 września 1954 r., zwrócono się do Departamentu Kadr MBP w Warszawie z wnioskiem o mianowanie go na stanowisko szefa PUBP w Nowej Rudzie. Kol zajmował wówczas podobne stanowisko w Strzelinie. W Strzelinie, latem 1954 r., przy udziale Kola doszło do wysadzenia w powietrze kościoła luterańskiego w Karczynie. Według zachowanych dokumentów działanie to miało uniemożliwić przejęcie świątyni przez katolików.

Zdjęcie ilustrujące Henryka Kola ( Z akt Archiwum IPN).

Wniosek z dnia 8 września 1954 r  dotyczący objęcia przez Henryka Kol stanowiska kierownika Powiatowego Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego w Nowej Rudzie ( Z akt Archiwum IPN).

 We wniosku uzasadniano jego przeniesienie znaczeniem przemysłowym powiatu noworudzkiego, który – jak zapisano – „wymaga odpowiedniej obsady”. Rozkazem nr 107 z 28 stycznia 1955 r. Henryk Kol objął stanowisko kierownika Powiatowego Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego w Nowej Rudzie. Funkcję tę pełnił w okresie funkcjonowania struktur bezpieczeństwa publicznego w powiecie. 1 stycznia 1957 r., w wyniku zmian organizacyjnych, w ramach których struktury UB zostały włączone do Milicji Obywatelskiej, został zastępcą komendanta MO w Nowej Rudzie. Z zachowanych informacji wynika również, że był prawdopodobnie jednym z nielicznych kierowników tego szczebla na terenie ziemi kłodzkiej, którzy w latach 60. przystąpili do egzaminu maturalnego i uzyskali wynik pozytywny. Jego zastępca mógł natomiast pochwalić się ukończeniem ośmiu klas w systemie jedenastoletniej szkoły ogólnokształcącej.

Karta szczegółowa budynku przy przy dzisiejszej ul. Kolejowej 25 ( Z akt Archiwum IPN).

 

 Analizując dokumentację urzędu, można ustalić, że budynek przy ul. Kolejowej 18 nie był jedyną siedzibą aparatu bezpieczeństwa w Nowej Rudzie. Do jego dyspozycji należał również budynek przy ul. Kolejowej 23 (obecnie nr 25). Z karty mienia budynku, sporządzonej w 1948 roku w związku z przekazaniem go na potrzeby jednostek organizacyjnych Milicji Obywatelskiej, wynika, że był to jednopiętrowy obiekt zajęty na potrzeby Urzędu Bezpieczeństwa już w czerwcu 1945 roku. Mieściła się w nim terenowa placówka UB, podlegająca Powiatowemu Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego w Kłodzku. W placówce tej pracowało wówczas dwóch funkcjonariuszy. Przed 1945 rokiem budynek należał do rodziny Nave.  Oprócz placówki terenowej w Nowej Rudzie Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Kłodzku nadzorował również działalność placówek UB funkcjonujących w innych miejscowościach powiatu. Znajdowały się one m.in. w Radkowie, Polanicy-Zdroju, Dusznikach-Zdroju, Kudowie-Zdroju oraz w Lewinie Kłodzkim, a w 1946 r. również w Bożkowie. Lokalizacja ta nie była przypadkowa. W bezpośrednim sąsiedztwie dworca kolejowego znajdował się poniemiecki schron, natomiast na terenie posterunku Milicji Obywatelskiej funkcjonował większy areszt. Istnieją również niezweryfikowane relacje, według których w latach 80. XX wieku w niewielkim terenie zielonym w pobliżu tego miejsca miały zostać odnalezione ludzkie szczątki kostne. Informacja ta nie została jednak dotychczas potwierdzona w dostępnych źródłach ani zweryfikowana w drodze badań archeologicznych lub innych czynności dokumentacyjnych. Z tego względu należy traktować ją wyłącznie jako przekaz ustny, wymagający dalszej weryfikacji.

Budynek przy dzisiejszej ul. Kolejowej 25

 Kim byli ludzie, którzy tworzyli lokalny aparat bezpieczeństwa? Czy rzeczywiście stanowili elitę służb, doskonale wyszkoloną i przygotowaną do prowadzenia skomplikowanych działań operacyjnych? Analiza zachowanych akt osobowych funkcjonariuszy UB pozwala spojrzeć na ten problem z zupełnie innej perspektywy. Ich lektura może być wręcz wstrząsająca.

 W wielu przypadkach od przyszłych funkcjonariuszy nie wymagano wysokiego wykształcenia ani szczególnych kwalifikacji. Znacznie ważniejsze było pochodzenie robotnicze lub chłopskie oraz bezwzględna lojalność wobec nowego systemu. Wielu z nich nie miało nawet ukończonej szkoły podstawowej. W aktach osobowych można znaleźć informacje o awanturach, nadużywaniu alkoholu, incydentach z użyciem broni, a nawet przypadkach strzelania w powietrze w centrum miasta. Są to zapisy trudne do pogodzenia z obrazem profesjonalnego funkcjonariusza służb bezpieczeństwa. Jeszcze bardziej niepokojące są jednak dokumenty dotyczące metod stosowanych podczas przesłuchań.

Piwnice budynku przy ul. Kolejowej 18 w Nowej Rudzie, w których w okresie powojennym przetrzymywano aresztowanych przez aparat bezpieczeństwa.

 

 Z zachowanych materiałów wynika, że skala nadużyć funkcjonariuszy UB na terenie powiatu kłodzkiego mogła być znacznie większa, niż sugerowałyby pojedyncze przypadki. Pod koniec 1950 roku ujawniono kilka spraw, w których podczas śledztw miało dochodzić do stosowania przemocy i tortur wobec osób zatrzymanych. W wyniku działań podjętych przez prokuraturę w 1951 roku zatrzymano sześciu funkcjonariuszy UB, w tym dwóch związanych z Nową Rudą. Jednym z nich był młodszy referent Henryk Szanciło, który rozpoczął pracę w aparacie bezpieczeństwa 1 sierpnia 1949 roku. Jedna ze spraw, której ślady odnajdujemy w aktach Archiwum IPN, dotyczy Adama Grendycza. 22 października 1950 roku został on zatrzymany przez miejscową delegaturę UB w Nowej Rudzie. Podejrzewano go o „wrogie wypowiedzi wobec państwa polskiego” oraz o rozwieszanie ulotek na terenie Woliborza.

 Jego przesłuchanie prowadził młodszy referent Referatu V – Henryk Szanciło. To, co wydarzyło się kilka tygodni później przy jego udziale, pokazuje brutalność metod, jakie mogły być stosowane za zamkniętymi drzwiami pomieszczeń przesłuchań. W nocy z 17 na 18 listopada 1950 roku Szanciło, będąc pod wpływem alkoholu, wezwał aresztowanego na przesłuchanie. Grendycz nie przyznał się do stawianych mu zarzutów. Wtedy funkcjonariusz miał sięgnąć po przemoc. Według zachowanych materiałów, chcąc wymusić zeznania, miał bić zatrzymanego kolbą pistoletu po gołych piętach. Uderzenia trwały tak długo, aż na podłodze pojawiła się duża ilość krwi. Przemoc nie przyniosła jednak oczekiwanego rezultatu. Grendycz nadal nie przyznawał się do zarzutów. Wtedy sytuacja miała przybrać jeszcze bardziej dramatyczny obrót. Szanciło miał przeładować broń, przyłożyć lufę pistoletu do skroni zatrzymanego i zagrozić mu śmiercią, jeżeli ten nie przyzna się do stawianych mu zarzutów.

 Sprawa ostatecznie znalazła swój finał przed Sądem Powszechnym w Kłodzku. Adam Grendycz został uniewinniony od wszystkich zarzutów. Ważnym elementem postępowania były zeznania współwięźniów przebywających z nim w jednej celi. Twierdzili oni, że widzieli Grendycza bezpośrednio po przesłuchaniu. Henryk Szanciło nie przyznał się do stosowania tortur podczas przesłuchania.

 Mimo to sprawa nie została zamieciona pod dywan. Wydział do spraw Funkcjonariuszy WUBP we Wrocławiu zwrócił się do szefa urzędu we Wrocławiu o zwolnienie z aparatu PUBP w Kłodzku oskarżonych funkcjonariuszy, wśród których znajdował się Henryk Szanciło. 23 października 1951 roku odbyła się rozprawa, podczas której wszyscy oskarżeni zostali oskarżeni z art. 140 Kodeksu Karnego Wojska Polskiego. Henryk Szanciło został skazany na rok i dziewięć miesięcy więzienia.

Pocztówka przedstawiająca budynek  Sądu Powszechnego  w Kłodzku.

 

 W grudniu 1953 roku podczas operacyjnej delegacji do Berlina Zachodniego na Zachód uciekł podpułkownik Józef Światło – funkcjonariusz, który brał udział w najważniejszych, a zarazem najbardziej brutalnych operacjach aparatu bezpieczeństwa. Jego ucieczka była dla komunistycznych władz ogromnym ciosem. Człowiek, który przez lata znał od środka mechanizmy funkcjonowania bezpieki, znalazł się poza zasięgiem swoich dotychczasowych przełożonych. Niedługo później na falach Radia Wolna Europa zaczęły pojawiać się audycje z jego udziałem. Światło ujawniał kulisy funkcjonowania aparatu bezpieczeństwa, opowiadając o metodach śledczych, brutalnych przesłuchaniach, bezprawiu i mechanizmach represji stosowanych wobec przeciwników politycznych.

 Polacy słuchali tych audycji z zapartym tchem, ale również z przerażeniem. Zza oficjalnej propagandy zaczynał wyłaniać się obraz rzeczywistości, o której przez lata niewielu odważyło się mówić otwarcie. Relacje Światły ujawniały kulisy funkcjonowania ubeckich katowni, metody wymuszania zeznań oraz skalę bezprawia, jakie towarzyszyło działalności aparatu bezpieczeństwa. Informacje te wywołały ogromny wstrząs społeczny i stały się jednym z elementów narastającego kryzysu politycznego. Komunistyczne władze, chcąc ratować sytuację i uspokoić społeczeństwo, zostały zmuszone do podjęcia decyzji o likwidacji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w 1954 roku.

 Likwidacja Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego nie oznaczała jednak końca działalności aparatu bezpieczeństwa. Zmieniły się jego struktury, nazwy i podporządkowanie, jednak sam system represji nadal funkcjonował. Na szczeblu powiatowym dotychczasowe struktury UB zostały podporządkowane nowym rozwiązaniom organizacyjnym, związanym z aparatem bezpieczeństwa działającym przy strukturach Milicji Obywatelskiej. Jedną z takich placówek był utworzony w Nowej Rudzie w 1955 roku Powiatowy Urząd do Spraw Bezpieczeństwa Publicznego (PUdSBP). Szkoda jedynie, że do dziś nie odnaleziono akt dotyczących przesłuchań prowadzonych od tego okresu. Powstanie nowego urzędu  w tym mieście nie wymagało jednak budowania całkowicie nowej placówki od podstaw. W dużej mierze sprowadzało się do przekształcenia istniejącej struktury, zmiany jej podporządkowania oraz wprowadzenia niezbędnych zmian organizacyjnych i technicznych. Ludzie, którzy wcześniej pracowali w aparacie bezpieczeństwa, nie zniknęli wraz z likwidacją MBP. Wielu z nich nadal wykonywało swoje obowiązki, już pod nowym szyldem.

Katownie pokroju tej w Nowej Rudzie zaczęły powoli przechodzić do historii. Aparat represji, choć pod zmienionymi nazwami i w zmienionych strukturach, działał jednak aż do 1989 roku. Mury kamienic przy ulicy Kolejowej 25 i 18 do dziś milczą, skrywając sekrety tamtych mrocznych lat. Naszym obowiązkiem jest jednak pamiętać o tym, co działo się w ich piwnicach – aby ta mroczna historia już nigdy się nie powtórzyła. To miejsca, które przypominają o czasach, gdy państwo występowało przeciwko własnym obywatelom.

 Chciałbym serdecznie podziękować panu Krzysztofowi Łagojdzie za wszelką pomoc oraz cenne wskazówki przy przygotowaniu tego materiału. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o rozwoju stalinizmu na ziemi kłodzkiej, serdecznie polecam książkę „Cztery filary stalinizacji. Ziemia kłodzka w czasach systemu totalitarnego 1948–1956”, której autorem jest właśnie Krzysztof Łagojda. To cenna publikacja dla wszystkich zainteresowanych historią regionu oraz dziejami systemu komunistycznego na ziemi kłodzkiej.

Jeśli w Waszych rodzinach są osoby, które pamiętają tamte czasy, które słyszały opowieści o przesłuchaniach, aresztowaniach lub działalności UB, napiszcie o tym w komentarzach. Każde wspomnienie, każda fotografia i każdy dokument mogą pomóc w odtworzeniu tej historii.

Budujmy tę historię razem.

 

„ Bo każdy dzień jest częścią historii”

Krzysztof Kręgielewski 

P.S. Artykuł został przedrukowany z mojej strony

na Facebooku - "Eckersdorf - Ciekawostki historyczne Bożkowa i okolic."

Uwaga

Macie w domu stare zdjęcia, na których w tle widać kawałek Bożkowa lub jego okolic? Może fragment domu, którego już nie ma?  Zdjęcie ogródka przydomowego, gdzie rosło drzewo, które zostało  wycięte dawno temu? A może dziadka w kapeluszu, babcię na ławce albo dzieci biegające przy pomniku? Dla Was to może zwykła, niepotrzebna już fotografia, a dla mnie to już  bezcenny okruch historii.  

Jeśli przechowujecie podobne zdjęcia albo inne przedmioty, gdzieś chowane na  stryszkach czy szafach  dajcie znać. Zbieram okruchy tej naszej przeszłości jak rozsypane puzzle, z których próbuję ułożyć obraz Bożkowa i jego okolic sprzed lat.

Świat bardzo szybko opróżnia się z opowieści jak i ludzi. Odchodzą one po cichu, bez śladu. Razem z nimi znika to, czego nie zdążyliśmy zapytać, zanotować, usłyszeć. Dlatego każde zdjęcie, każdy szczegół i każda rozmowa mają dziś ogromne znaczenie.

 

Jeśli w Waszych szufladach leżą fragmenty starego Bożkowa lub jego okolic dajcie znać. Przyjadę żeby zachować to co jeszcze nie zniknęło. A przy okazji możecie w ten sposób mnie poznać, pogadać, podzielić się historią, posłuchać i powspominać.